jak się rodzi w szpitalu na Madalińskiego w Warszawie w 2016 roku / opinia

Pod koniec roku 2016 przyszła na świat moja druga córka. Ze względu na to, że mieszkamy na Mokotowie, wybraliśmy szpital, który mamy najbliżej domu (przez czysty pragmatyzm). Wstępnie padło właśnie na szpital im. Świętej Rodziny na ul. Madalińskiego w Warszawie. Dopiero po tym (mentalnym, gdyż nie trzeba „formalnie” wybierać szpitala) wyborze zaczęliśmy szukać informacji na temat jakości opieki, warunków i alternatyw. Ten wpis jest poniekąd odpowiedzią na część pytań, które mogą się pojawić w głowach przyszłych matek i ojców. Ten wpis jest też moją, męską perspektywą całego procesu, niemniej ze swoją małżonką rozmawiam i myślę, że również Ona może się pod niniejszym podpisać. Ten wpis nie zawiera wszystkich opcji, gdyż jest doświadczeniem, które nas spotkało – a pewnie nie doświadczyliśmy wszystkich opcji. Jedyne porównanie, jakie mam, to poród pierwszej córki, ale sprzed 11 lat, w innym mieście, na mocno zagrożonej ciąży, etc – więc niewiele wspólnego. Ale od początku.

Szkoła rodzenia.

Jest to coś, co zdecydowanie chcę polecić wszystkim zaczynającym (ale i nie tylko) rodzicom. Przez etapy opieki i wychowania od zera do jedenastu lat przechodziłem, niemniej sporo tych doświadczeń było opartych o wyczucie, wiedzę przekazaną od rodziców czy też wyczytanej w internecie lub książkach. Te jedenaście lat temu nie miałem okazji uczęszczać do szkoły rodzenia ze względu na paromiesięczny pobyt na patologii ciąży w związku z dużym zagrożeniem przedwczesnym porodem.
Wracając do szkoły rodzenia – dlaczego warto iść? Zdecydowanie układa w głowie wiedzę na temat tego co nas czeka przed i po porodzie. Na Madalińskiego mieliśmy pięć spotkań trzygodzinnych (co tydzień we wtorek o 18:00), które podzielone były po połowie na część praktyczną i teoretyczną. Na praktycznej uczyliśmy się ćwiczeń, które miały ciężarnej pomóc przed, w trakcie i po porodzie, na dość realistycznych lalkach niemowląt (fachowo to chyba fantomy) próbowaliśmy podstawowych chwytów, „obsługi” noworodka oraz uczyliśmy się masować dziecko (żeby pobudzać pracę jelit, sensorykę niemowlaka, etc). Wiedza, którą otrzymaliśmy była bardzo szeroka, począwszy od podstawowej higieny niemowlęcia, poprzez wszystkie etapy porodu (oraz rozpoznawania jego początku), laktacji czy też wiedzy na temat połogu. Jednego, czego mi zabrakło, to szerszego poruszenia tematu cięcia cesarskiego – wynikać to jednak mogło z faktu, że chyba wszystkie kobiety w grupie wyraziły chęć rodzenia siłami natury (to nie to samo co poród naturalny – polecam pogooglować). Nas finalnie spotkała cesarka, na którą zdecydowanie za mało byliśmy przygotowani.
TIP1: jeśli dobrze pamiętam, to szkoła rodzenia rekomenduje zapisanie się u nich na 2-3 miesiące przed porodem. Wg mnie lepiej nawet 3-4 miesiące przed porodem, gdyż część ćwiczeń jest fizycznych i z wielkim brzuchem kobiecie trudniej je wykonywać czy też wysiedzieć te 3 godziny zajęć.
TIP2: przynajmniej matka powinna być zameldowana albo rozliczać się w Warszawie, żeby móc bezpłatnie skorzystać ze szkoły rodzenia. Warto zadbać o to wcześniej.
TIP3: szkoła rodzenia odbywa się w szpitalu, ale sporą część zajęć prowadzą osoby spoza szpitala (z urzędu miasta?) i potrafią czasem zasadzić babola: na pierwszych zajęciach usłyszeliśmy, że obejrzymy sale porodowe, a położne (później) stwierdziły, że już wycieczek do sal porodowych nie ma od przeszło roku 🙂

Izba przyjęć.

Trafiliśmy na izbę przyjęć w środku nocy i… oprócz pielęgniarki w rejestracji nikogo nie zastaliśmy. Mieliśmy to szczęście, że nie było kolejki porodów (tak, może takowa być), nie było nagłych przypadków, zaś do samego szpitala dotarliśmy piechotą (na tyle blisko mieszkamy). Luiza – moja małżonka – mając wiedzę wyciągniętą ze szkoły rodzenia stwierdziła po północy, że to już czas, więc nie było na co czekać. Na izbę przyjęć (bez kolejek) trzeba liczyć około godziny, półtorej. Choćby ze względu na potrzebę przeprowadzenia KTG, wywiadu z ciężarną i badania lekarskiego.
Do ojców, TIP1: zwykle Luiza ubierała się (do jakiegoś wyjścia) naście minut, bo duży brzuch, bo trochę mniej siły, bo ciężko się zdecydować. I tym razem, gdy stwierdziła, że to już i że powinniśmy iść do szpitala przyjąłem, że sporo czasu jej zajmie ubieranie się. I tak panowie, gdy wasza partnerka „normalnie” ubiera się te naście minut, a nagle staje przed wami ubrana „wprzeciagu2minut”, to naprawdę to już i nie ma co zwlekać.
Do ojców i matek, TIP2: na miesiąc przed porodem warto mieć już spakowaną torbę na poród. Co w niej ma być jest opisane na stronach internetowych każdego szpitala. Dodatkowo zdecydowanie ojciec powinien tę torbę spakować. To właśnie facet później będzie, w pierwszych chwilach, proszony o podanie czy znalezienie czegoś konkretnego z tej torby.

Sala porodowa.

To mimo wszystko było największe i pozytywne zaskoczenie. Sale są jednoosobowe, bardzo przyjemne w każdym wrażeniu (pierwszym i po dokładniejszym obejrzeniu), co powoduje domowe skojarzenia. W większości sal z tego co wiem są prysznice, w jednej albo dwóch chyba wanny. Sale są też dość dobrze wytłumione – przy całkowitej ciszy w naszej byliśmy dopiero w stanie wsłuchać się w krzyczącą „sąsiadkę”. Oprócz łóżka porodowego jest też mega wygodny fotel – z dwa razy w nim przysnąłem. Poza tym znaleźliśmy tam dużą piłkę do siedzenia (bardzo przydatna). Więcej nie zwróciło mojej uwagi, poza tym wcale nie było tak dużo czasu na oglądanie samej sali. Kawałek sali widać na zdjęciu w niniejszym wpisie.
Do ojców, TIP: warto zabrać ze sobą ładowarkę do telefonu, ale jeśli wasza partnerka będzie zajęta (np.: dostanie zalecenie 30 minut siedzenia pod prysznicem), to wy odpoczywajcie lub nawet drzemnijcie się. Większość porodów to kilka, jeśli nie kilkanaście godzin, po których trzeba jeszcze pomagać już przy noworodku i partnerce. Wtedy nie ma czasu na odpoczynek.

Położne i pielęgniarki.

Różne rzeczy można znaleźć i przeczytać o opiece lekarskiej (generalnie) w szpitalach. Dla nas było to kolejne, duże i bardzo pozytywne zaskoczenie. Pielęgniarki, położne i lekarze bardzo pomocni i mili. Na sam poród zapłaciliśmy za asystę położnej, jednak obserwowaliśmy jak opieka wygląda względem innych kobiet. Wszystko bardzo dobrze i nienagannie. Czy warto skorzystać z odpłatnej pomocy? Nie wiem – nie chcieliśmy sytuacji, w której trafiamy na koniec dniówki wśród położnych i potrzebę tłumaczenia wszystkiego dwa razy. Bardzo zależało nam na skupieniu się na sobie, spokoju i nie zajmowaniu uwagi tematami organizacyjnymi. Nasza położna była bardzo uczynna, ale osobiście nie wiem czy jest to uzasadniony wydatek, więc jeśli to czytasz i masz takie wątpliwości, to ja tutaj nie pomogę – kwestia skłonności do wydania pieniędzy. Tuż po porodzie rola naszej położnej się skończyła i trafiliśmy pod opiekę pielęgniarek, najpierw na sali pooperacyjnej, następnie na oddziale noworodkowym. Wszędzie było tak samo dobrze. Na oddziale noworodkowym trzeba się nastawić na trochę mniejszą atencję personelu medycznego, gdyż po prostu jest więcej osób, które potrzebują pomocy. Tutaj trzeba być cierpliwym, albo stanowczym. To też ludzie, więc jeśli ktoś jest dla nich niemiły, to tym samym się odwdzięczą. My mieliśmy wiele szczęścia, gdyż nie spotkały nas większe problemy z dzidziusiem, a co za tym idzie nie potrzebowaliśmy wiele pomocy od pielęgniarek.

Sala pooperacyjna.

Po kilku godzinach akcji porodowej lekarze zaproponowali nam cesarkę (mieli ku temu podstawy – nie jest to istotne z punktu widzenia niniejszego wpisu) i bardzo szybko nas przenieśli na blok operacyjny. W czasie, gdy Luiza była przygotowywana do operacji, ja musiałem ogarnąć nasze bagaże (mieliśmy ich za dużo), przenieść je do kantorku pielęgniarek, a następnie zostałem zaprowadzony przez położną na ten sam blok operacyjny (tutaj chyba wyszła największa zaleta dedykowanej położnej: to ona pamiętała, żeby po mnie przyjść, o wszystkim informowała, oraz – wydaje mi się – że dzięki temu mogłem w tak nagłym przypadku uczestniczyć w porodzie na sali operacyjnej. Tego faktu nie weryfikowałem, więc jeśli szykujesz się do porodu, to koniecznie o to zapytaj). Tam przed śluzą musiałem się przebrać w jednorazowe, sterylne ubranie i oczekiwać aż zostanę poproszony na salę. Gdy już trafiłem obok Luizy, to zostałem wpasowany z małym stołeczkiem gdzieś w okolicy głowy Luizy, a obok anestezjologa. Mniej więcej od wysokości przepony Luiza była przesłonięta parawanem, więc jeśli ktoś ma słabsze nerwy, to uspokajam – nic nie widać. Dopiero gdy dziecko zostanie wyjęte, ojciec ma okazję zobaczyć dziecko i może towarzyszyć pielęgniarkom podczas oporządzania noworodka (wycieranie, mierzenie, ważenie). Ja biegałem pomiędzy dzieckiem, a Luizą i opowiadałem co się dzieje, jaka wygląda córka, etc. Następnie dziecko zostało położone na kilka chwil na klatce piersiowej Luizy, gdyż ten szpital ma silne zasady wspierające kontakt skóra-skóra pomiędzy dzieckiem i matką. Po kilku, kilkunastu minutach od porodu razem z pielęgniarką i dzieckiem w specjalnym wózku, poszedłem dokonać formalności (wpisanie dziecka do rejestru szpitalnego), następnie udaliśmy się na salę pooperacyjną, gdzie czekałem z dzieckiem (leżącym mi na klatce piersiowej) na moją małżonkę. Ta została przywieziona gdzieś około 1-1,5 godziny po porodzie. Wtedy od razu pielęgniarki pomogły przy pierwszym przystawieniu do piersi. Na sali pooperacyjnej spędziliśmy jakieś 6-7 godzin. Wieczorem przetransportowano nas do sali poporodowej.

Sala poporodowa.

Chyba wszystkie sale są dwułóżkowe. Przestronne na tyle, że swobodnie 4 dorosłe osoby mogą się w nich poruszać: dwie matki z noworodkami i dwóch ojców. Każda sala ma swoja toaletę z prysznicem. Do tego mikrofalówka (w naszym pokoju działała, ale nie grzała), przewijak, duża umywalka do mycia niemowlaków i mniejsza umywalka do mycia rąk. Przy tej drugiej znajdują się mydło i środek dezyfekujący. I tutaj poruszę dodatkową kwestię: higieny i czystości. Bardzo ważne, żeby możliwie przed każdym kontaktem z noworodkiem szorować ręce – dziecko ma praktycznie zerową odporność, więc to w „naszych rękach” jest bezpieczeństwo maluszka.
Do ojców, TIP1: odwiedziny w większości szpitali są w godzinach 15-20, jednak ja zwykle przychodziłem do Luizy rano lub w południe. Jeśli nie organizuje się wielosobowych wycieczek, to pielęgniarki przymykają oko, bo ojciec jest dobrą pomocą przy dziecku, więc pielęgniarki mają mniej pracy przy tych noworodkach.
Do ojców, TIP2: ponieważ w pokojach zwykle są po dwie kobiety, to warto z tą drugą ustalić zasady swojej obecności. Kobiety często mają zalecone „wietrzenie” piersi, etc i nie dla każdej osoby jest komfortowe siedzenie cały dzień obcego mężczyzny obok (stąd też formalne odwiedziny są dopiero od 15).
Do ojców i matek, TIP3: istnieje możliwość wykupienia jednoosobowego pokoju/sali poporodowej, ale nie wiem ile kosztuje – wtedy nie ma limitu godzin odwiedzin.

Mam nadzieję, że choć odrobinę udało mi się zobrazować co Was czeka przed, w czasie i po porodzie w szpitalu na ulicy Madalińskiego w Warszawie. Jeśli wpis Wam się podoba, to zachęcam do udostępniania i dzielenia się w internetach oraz komentowania i dyskusji na temat własnych doświadczeń.

Lajk, to najfajniejsze podziękowanie:

Przeczytaj też:

3 Comment

  1. Malwirka says: Odpowiedz

    Cieszę się, że przeczytałam ten wpis bo też zamierzam rodzić w tym szpitalu i jestem teraz trochę spokojniejsza 🙂 Czy mógłby Pan zdradzić nazwisko położnej, która towarzyszyła Wam w porodzie? Chętnie skontaktowałabym się z położną z polecenia 🙂

    1. Tato says: Odpowiedz

      Joanna Pałczyńska. Powodzenia!:)

  2. Malwirka says: Odpowiedz

    Dziękuję! 🙂

Dodaj komentarz